piątek, 5 grudnia 2014

2. "And it will all make sense", czyli o złamanym sercu, które uśmiecha się mrużąc oczy.

         Przez ten rok większość spraw w jej życiu poprzewracała się na różne strony. Niektóre sama popychała czy potrząsała nimi nieskończoną ilość razy, by nagle zatrzymać i cofnąć do punktu wyjścia. Częściej jednak miała wrażenie, że to innym ludziom bardzo zależy na urozmaicaniu jej życia, wypełnianiu czasu i pomnażaniu myśli do granic możliwości. Wszystkie te sytuacje, mniej lub bardziej dające się zrozumieć, sprawiły, że w pewnym momencie przestała pytać Boga, siebie i wszystkich wokół, kiedy będzie mogła nazwać swoje życie spokojnym, a kolejne dni podobnymi do siebie. Najwidoczniej tak wygląda egzystowanie ze złamanym sercem. Zresztą, przy takim stopniu roztrzaskania porządkowanie czegokolwiek wydaje się totalnie bezsensowne, wręcz śmieszne.
Na pojawiającą się myśl o tym, że tworzy sobie i w sobie spory bałagan odpowiadała starą sentencją mówiącą, że takie jest życie. Jej było takie. Takie jakieś. Połamane, zagubione, potrącone przez mężczyznę. Widocznie nie wszyscy mogą być szczęśliwi. A ci, którzy nie są, pozwalają sobie nawzajem bałaganić w życiu. Tylko, że w tym nieporządku za często zaczęła się potykać, przewracać. Wreszcie, nie mogąc się podnieść, czołgała się próbując ominąć konsekwencje złych wyborów i chaos myśli, którego bała się dotknąć. Uciekała.
                Piątek swoimi zwyczajnością i milczeniem zbudził ją chwile po świcie. Wczesna godzina, bezruch, zawieszenie. Szary poranek przyniósł jej bolesną prawdę, której nie chciała do siebie dopuszczać – sens życia od dawna był zgubiony. Nic nowego, a jednak ta jasna myśl, prosta i oczywista, rozlała się w jej umyśle i wstrząsnęła sercem. Strach przeszedł dreszczem przez jej ciało. Skuliła się i zaciągneła kołdrę na głowę. Źle. Poderwała się z łóżka. Wciągneła spodnie. Trzęsącymi się rekoma na górę od piżamy narzuciła kurtkę. Wiedziała, że musi się spieszyć.
                Podróż w przerażeniu, ucieczka i nagłe wyswobodzenie. Pociąg odjechał zabierając lęki. I znów tu była. Nie ważne dlaczego dopiero teraz. Zdążyła. Na całe swoje i innych szczęście zdążyła się zatrzymać. Muskając dna wpadła w objęcia strachu, ale nie pozwoliła mu na mocny uścisk.
                Stare, ukochane miasto przyjęło jej duszę jak oczekująca matka. Czarne uliczki zapraszały jej stopy do spotkania, odrapane kamienice witały ją uśmiechniętymi okanami wypełnionymi ciepłym światłem. Poczuła błogi spokój i troskliwe przytulenie, choć od kilkunastu dni nie dotknął jej nikt z wyjątkiem starszej pani potrzebującej pomocy na schodach.
                Czuła, że cała oddycha, jej ciało i dusza oczyszczają się, nic jej nie ciąży, nic jej nie przygniata. Wolność.
- To jakby... szczęście – pomyślała i zaczęła się zastanawiać czy to wszystko rzeczywiście się dzieje.
- Może zwariowałam? – rzuciła pytanie w powietrze. – W każdym razie, jeżeli tak, to z największą przyjemnością pozostanę wariatką. – Uśmiechnęła się do swoich myśli i pozwoliła, by pachnące jesienią powietrze wypełniło jej płuca.
                Dom był tym miejscem, do którego trafia się z zamkniętymi oczami bez względu jak bardzo życiowe wydarzenia próbują zgubić drogę. Przytrzymała dłoń na klamce jakby chciała poczuć dotyk wszystkich bliskich, którzy robili to przez lata. W każdej jednej chwili swojego życia, w najgorszych i najpiękniejszych dniach. Dniach pełnych emocji i całkowicie ich pozbawionych. Kiedy kończyli pewne etapy w życiu i jednocześnie zaczynali nowe, spełniali różnej wielkości marzenia, kolejny raz rezygnowali z życia, łamali serca i mieli je łamane. Dłońmi palącymi od zakochania, zimnymi od strachu, bezsilnymi od smutku. Za każdym razem zwierzali się klamce, wiernej powierniczce.
                Przewinęła kilka wspomnień i roześmiała się na głos. Siedemnaście lat temu stała przed tymi drzwiami pewna, że jej życie na dobre zostało pozbawione sensu, a ona sama umrze z tęsknoty za swoim ulubionym kamykiem, który przepadł lub – co wydawało jej się wówczas bardziej prawdopodobne – został skradziony i wysłany w kosmos.
- Muszę go zatem odnaleźć – postanowiła z uśmiechem, bo kamyk stał się dla niej pewnym symbolem.
                Listopadowy wiatr rozproszył jej myśli zapraszając stare akacje do tańca. Narastała skrzypiąca muzyka. Dłonią przejęła już całe zimno mosiężnej klamki, więc analizowanie życia postanowiła przenieść do środka i lekko oddalić w czasie  chcąc zatopić się w byciu tu i teraz.
 Schyliła się by podnieść ciężką donicę. Właściwie mogliby nie zamykać domu – cała okolica wiedziała, że klucz cierpliwie czeka na każdego chętnego pod donicą ze zwiędniętą agawą, a w zasadzie jej pozostałościami. Lodowaty klucz prosił o jak najszybsze użycie. Przekręciła. Popchnęła drzwi i postawiła krok. Podmuch ciepła z radością otulił jej twarz. Zamknęła oczy pozwalając by domowe powietrze przeniknęło jej wnętrze, a zapach dzieciństwa osiadł na jej ubraniach. Błoga cisza. Pomarańczowe światło kominka skakało po ścianach salonu. Chciała nasycić oczy wpatrując się dokładnie w każdą rzecz. Upewnić się, że wszystko jest jak dawniej. Jednak zmęczenie, które przywiozła ze sobą zaczęło niecierpliwie dawać o sobie znać. Przyglądając się starym deskom podłogowym dała powiekom okazję do dłuższego spotkania. Ciepło i spokój. Lekko się zataczając, z półprzymkniętymi oczami dotarła do swojego pokoju. Na progu zrzuciła kurtkę, a zdejmując spodnie podskakiwała w stronę łóżka. Padła. Kolejne radosne powitanie – miękka, pachnąca kołdra. Odetchnęła. Szczęście wcale jej nie ominęło, a spokojna noc może być czymś rzeczywistym. Miała wrażenie, że jej ciało stapia się w jedno z łóżkiem, które zabiera wszystkie nieprzyjemne uczucia, trwające od tak dawna i nieustające zmęczenie, każdy bezcelowy dzień.
- Kocham cię, moje życie – wyszeptała na dobranoc czując, że ma całe, pełne serce.
                Kiedy obudziła się w środku nocy, po kilku godzinach całkowitej nieświadomości, zrozumiała, że znalazła kamyk. Ciągle był w niej.
                Zrzuciła z siebie kołdrę. Usiadła. Dotknęła ustami gorącego ramienia, przesunęła po nim chłodnym policzkiem. Przyjemne zimno. Nie wołające tego ciała, które zawsze było cieplejsze od jej. Nocna ciemność przepełniona spokojem i obietnicą pięknego życia otulała ją z każdej strony. Wiedziała, że poranek przywita ze zmrużonymi od uśmiechu oczami.
                Czasem lepiej nie uciekać. Lepiej wrócić.